200 procent normy

•Listopad 30, 2011 • 4 komentarzy

DUDE STOP STARING AT ME KTHXBYE

 

Idzie zima, nie ma na to rady. Ja tymczasem nadal nie wiem, ile pali w mieście. Wiem, że pod moją ciężką, płetwiastą stopą z pewnością pali więcej, niż powinien. Trudno, wyrobi się – albo on, albo ja, ucząc się jeździć tak żeby dziecko nie rzygało. Odpowiedź na pytanie drugie brzmi więc: jak będzie ciepło. Bo na razie idzie zima, panie, nie ma na to rady.

Wychodzę na strasznego buca gbura, bo nieco alergicznie reaguję na wszystkie jak się czujesz jako świeży [...] – dziękuję, chwilowo tak samo, tylko lepiej, ale please, jakiej odpowiedzi można udzielić na tak sformułowane pytanie? Jak się czułem po trzydziestce? Tak samo. Jak się czułem po ślubie? Świetnie, tylko zajechany, acz szczęśliwy. Jak się czuję jako przyszły ojciec? Każdy z nas, mężczyzn, jest potencjalnie przyszłym ojcem. Na 100% – ba! na 200% toksycznym rodzicem, który usilnie postara się naprawić wszelkie błędy i niedopatrzenia swoich starych, popełniając milion własnych błędów i robiąc dzieciakowi piekło z curriculum vitae. Słowem, po mieście pali jak smok, ale ogranicza, a ja też ograniczam, bo na balkonie pali się wyjątkowo mało przyjemnie. Bo zima idzie i w ogóle.

* * * * *

I zaczyna się człowiek zastanawiać, bo jak już coś ma przekazać kolejnym pokoleniom, to wypadałoby się samemu upewnić, w co się wierzy, kim się jest i co chciałoby się osiągnąć, poza pokojem na świecie i ogólną szczęśliwością. Za aborcją, czy przeciw? Za prawem wyboru, czy za prawem do życia? Za lewicującą swobodą, czy za starzejącym się konserwatyzmem? Za miłowaniem kwiatków i pacyfizmem, czy za prawem do samoobrony? Jak z jednej strony nie wtłoczyć powierzchownego katolicyzmu, a z drugiej – wychować w tolerancji dla cudzej wiary i bez zbędnego bagażu z nalepką anty? Zabraniać militarnych zabawek, ubierać na różowo, czy za pierwszym podejściem zabrać na strzelnicę i pokazać, jakie to głośne, mordercze i wciągające?

Wszystko to piękne hasła i dumne, a przecież zawsze żeby się szanowało i żeby szanowało innych i na koniec człowiek przypomina sobie, Na To Wszystko Jest Jeszcze Za Wcześnie, a do tego czasu Unii Europejskiej może przecież nie być.

* * * * *

Siedzi więc człowiek i rozbiera światopogląd na fragmenty, rozlicza swój stosunek do ruchawki z 11 listopada i czemu siedzisz w domu, człowieku, zamiast walczyć o lepszą przyszłość dla potomstwa, określiłbyś się jakoś. I tu pojawia się myśl, że przecież trzeba w domu, z żoną, wsparcie, łóżeczko się zmieści, imię wybrać, nie po ulicach latać, choćby i tylko z aparatem z fałszywie rozumianego wewnętrznego poczucia obowiązku. Że coś się zmienia, że może przegapiło się czas na latanie po ulicach, ale teraz inne rzeczy stają się ważniejsze. Że zaplanować. Że przygotować się na wszystko, co się może stać, że niepokój, że fajnie kończynami na zdjęciach macha, że już teraz zawsze w powiększonym składzie i że dobre rady ze wszystkich stron, do których potrzeba będzie mnóstwo asertywnego no, thanks but no. I że ahoj przygodo, wyrobiliśmy 200 procent planu w czasie tych ostatnich miesięcy. I że dalej będzie już tylko ciekawiej.

* * * * *

Breslau przywitał nas uroczą pogodą, kumplem odbierającym z lotniska, samym dobrem i wynudzonymi zwierzakami w zoo. Trzeba będzie tam wrócić. W powiększonym składzie.

WTF IM A WOLF LOL

Daj głos

•Październik 7, 2011 • Dodaj komentarz

Olać reklamę na belce, ten pan dobrze gada:

Madness? THIS IS MARRIAGE!!!

•Wrzesień 13, 2011 • 19 komentarzy

...why so sad?

I wynik taki, że od dobrych kilku miesięcy łapię się na tym, że zaglądam na własnego bloga z zaciekawieniem, czy aby nic się samo nie napisało pod moją nieobecność. Bo wiadomo, śluby, nowe wrotki, kolejne podejścia do urlopu i podobne sprawy skutecznie odciągają od wieczornego stukania w klawisze. Zazwyczaj nieco zniecierpliwionym głosem. Z sypialni.

Zdawać by się mogło, że tym małym niekonwencjonalnym paux fas zwanym zażonopójściem zraziłem wobec siebie wcale solidną grupę bliższych i dalszych bliższych (i dalszych). Cóż, ryzyko nowatorstwa, trzeba jechać dalej i brnąć w ten las. Tydzień rozkosznych pytań „jak tam po ślubie” (a dziękuję, tak samo) za nami – miła odmiana po kilku tygodniach „no jak tam, masz stresa? No pewnie, że masz stresa” (WTF, a czym tu się stresować? Że mi welon w drodze do ołtarza postsocrealnego racjonalizmu spadnie?) i sporadycznym „widziałem cię w telewizji!” (co pokazuje, że podle kłamią wszyscy ci, co twierdzą, że nie oglądają Najjaśniejszej Publicznej). Teraz czas na „notokiedytedziecieh?” i „a ile pali w mieście?”. Jakoś da się przeżyć.

...zupełnie bez związku

No bo (sic!) w końcu to ważne i dramatyczne decyzje. Podobno. Dla mnie dramatyczne staje się znudzenie problemami Grecji, jęczenie, jak to w Polsce jest źle i jakimi leszczami musimy być, skoro jeszcze stąd nie uciekliśmy czy przedwyborcza gra na uwalenie wyścigu po władzę w wykonaniu jedynej liczącej się opozycji. Ślub przy tym to pestka. Choć okazuje się, że nie dla każdego – niektórzy po prostu nie potrafią wczytać, że nie każdy ma ochotę gnać do instytucji, z którą ni diabła (sic!) się nie identyfikuje, biegać wzdłuż rzędów ław i okłamywać samego siebie i wszystkich dookoła, że jest się bardziej papieskim od Kaczyńskiego. I że te kilka chwil po (nie, nie po nocy poślubnej) chciałoby się spędzić z ludźmi, którzy przez ostatnie lat byli wystarczająco blisko, by widzieć upadki, wzloty, upadki i czołganie się ku górze. Cóż, wszystkim nie dogodzisz. Inaczej można solidnie kolana obetrzeć.

...chcesz pokoju, ubierz się na zielono i biegaj po lesie...

Pesymiści zwykli dostrzegać na cmentarzach same krzyże. Optymiści – wyłącznie plusy. Spacerując po nekropolii swojego kawalerskiego życia widzę głównie krzyże dodatnie: nazywanie Młodej „żoną” (bo tak było krócej) wreszcie ma podstawę prawną, choć dla mnie nadal pozostaje Młodą. Już jako podstawowa komórka społeczna zdążyliśmy nawiedzić jakże satanistyczny koncert Licorei, a w ramach nieplanowanej, acz sponsorowanej podróży poślubnej (bo nasza była przedślubna i tego będziemy się trzymać, Wysoki Sądzie) wracamy do punktu startu. Achtung Breslau, nacieramy. I zamierzamy bawić się, aż padniesz.

Cycki, balony i pięć piw

•Lipiec 1, 2011 • 3 komentarzy

Hiszpańska manifestacja z koniem na czerowo wygląda tak:

I racja, niech sobie manifestują, w końcu mamy wolność zgromadzeń i wyrażania poglądów. I co za tym idzie, wolność arbitralnego korkowania miasta ku uciesze niezliczonych mieszkańców znużonych czwartkową pracą i do cholery, panie, do domu człowiek nie dojedzie, bo się opierdzielaczom z hut i innych takich w odbytach poprzewracało. Chcieliśmy demokracji? Mamy. Parada równości była? Była. Parada na cześć prezydencji była? Jeszcze nie, ale z pewnością jakaś będzie. Więc czemu zabraniać ludziom pracy z solidarnością na ustach organizacji – było nie było – udanej imprezy?

Bo bądźmy poważni, co poza koncertem, stosunkowo niezgorszą pogodą, przemarszem, zakupami, kulturalnym piwkiem na szybko i przejażdżką autokarami? Co poza wydaniem zapewne niebagatelnych sum ze związkowych kas (pal sześć koszty obsługi mundurowej)? Rząd zauważył coś, czego po dziś dzień nie było widać? Warszawskie mieszczuchy przejęły się losem ludzia pracy z solidarnością na ustach? Dziura w budżecie się skurczy ze strachu przed „hajlującym” na pokaz Kukizem i tysiącami spacerowiczów?

Hiszpański pies rasta wygląda tak:Hiszpańska młodzież manifestuje, bo ma przerąbane, ma rasta psa i domaga się lepszej przyszłości. Polscy związkowcy zapraszają manifestantów z Grecji ostrzegając, że będziemy tu zaraz mieli drugie Ateny. Grecy mają pełne ręce roboty, bo sabotują nadzieje na następny kwartał wypłat dla budżetówki. Hiszpańską młodzież rozumiem. Do rodzimych związkowców idzie się stojąc w korkach. Tymczasem Greków popierdzieliło.

Że bieda i dramat i panie, nie ma co jeść, to rozumiem, że dobrze nie jest. Ale jak się protestuje przeciw wydłużeniu czasu pracy do – heloł – 40 godzin i wobec urwania tego od 14-stki, to litości. Jaka jest alternatywa? Zmienią rząd, nowy rząd odrzuci reformy – i zarazem pomoc UE – i wtedy dopiero będzie pięknie, powszechny aplauz i ukontentowanie, prawda?

Oczywiście nic nie jest tak proste, ale przy tej pogodzie, panie, to nawet słabo wyjaśniać, czemu wczoraj nie wyszedłem z aparatem na przeciw związkowcom i balonom i wypiętym obleśnie w pseudoprowokacyjnym geście cyckom Kukiza, co do którego to panie nie wiadomo nawet, czy pominąć milczeniem i zażenowaniem, czy zgodnie z jego prośbą, pocałować. Najchętniej żelazkiem czy innym przedmiotem co najmniej pięciokilowego użytku.

Tak wygląda... Panteon?

Tak umierają ikony, symbole i legendy. Rozmieniając się na drobne, spacerując z balonikami i wołając o prawo do życia Prawdziwych Polaków poczętych metodą wymuszenia i gwałtu. Trochę szkoda. Bo jakby pogoda była lepsza, można by się pokusić o próbę napuszonego wodolejstwa odnośnie tego, dlaczego postulaty związkowców są złe. A tak, to się odechciewa.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.