Ostatnia „informacja” Komisji Nadzoru Finansowego odnośnie pośredników kredytowych to kolejny „kuksaniec” w bok branży doradztwa, której obrywa się medialnie raz po raz. Czy to z powodu niepoprawnie zamkniętego kredytu hipotecznego, w której to sprawie interweniował finalnie sam Jarosław Augustyniak, czy w przypadku nietrafionych prognoz dla rynku nieruchomości. KNF przypomina, że „doradcy finansowi” nie ponoszą żadnej odpowiedzialności przed klientem za pośrednictwo między nim a bankiem. Sprawa, zdawałoby się, oczywista – najwyraźniej nie dla każdego.
Ponad rok temu słychać było jeszcze głosy odnośnie regulacji rynku pośrednictwa – w postaci licencji lub podobnych rozwiązań. Mieliśmy sprzedażowe eldorado, co krok wyrastały nowe placówki czy wręcz nowe firmy „doradztwa finansowego”, a przy wysokim zapotrzebowaniu na pracowników „doradcą” można było zostać niemalże „z marszu”. Oczywiście, po odpowienich szkoleniach (sprzedażowych) i dogłębnym zapoznaniu się z ofertą (przynajmniej hasłowo, na podstawie folderów). Złote czasy się skończyły, część firm zamknęła działalność lub została wchłonięta przez konkurencję – pozostaje nam mieć nadzieję, że rynek zweryfikował kompetencje pośredników. I że odeszli ci najmniej rzetelni, a nie ci, którzy sprzedawali najmniej.
O co wobec tego możemy mieć pretensje? Określenie „doradca” utarło się w naszych realiach sprzedaży i trudno dziwić się, że firmy związane z rynkiem finansowym wykorzystują je dla wzmocnienia marketingowego przekazu. W końcu „doradca” to coś więcej niż „sprzedawca” czy „pośrednik”, słowo-klucz wytwarzające przyjazną atmosferę partnerstwa. I trudno powiedzieć, by w tym określeniu czaiło się kłamstwo.
Kłamstwo może czaić się gdzie indziej – w głowie klienta, w jego wygodnym przeświadczeniu o „oddaniu sprawy w dobre ręce” i rezygnacji z osobistego nadzoru nad procesem. Oczywiście, jest mnóstwo doradców, którzy o powierzone pieniądze troszczą się świetnie, a sprawy kredytowe dopinają na ostatni guzik. Ale to nie o nich czytamy czy słyszymy najczęściej, a o tych, którzy – kolokwialnie mówiąc – sprawę spaprali. I oczywiście to ci ostatni najmocniej wpływają na wizerunek branży. Negatywnie.
Nie oszukujmy się – jak pięknie nie brzmiałyby zapewnienia prezesów, wypowiedzi rzeczników prasowych czy reklamowe plansze – prawdziwe życie toczy się na dole, w placówkach. Sprzedawca wynagradzany prowizyjnie zawsze będzie grał przede wszystkim na swoją korzyść – w drugiej kolejności na korzyść klienta. Oczywiście jedno nie musi kłócić się z drugim – klient zadowolony, klient, którego finanse są dobrze zarządzane – w długiej perspektywie będzie klientem bardziej dochodowym. I taacy doradcy z pewnością istnieją. Ale jeśli wziąć pod uwagę doniesienia o sprawach „niedopatrzonych” przez doradcę, o dość pobieżnym przedstawianiu faktycznych kosztów kredytów czy podobnych niedociągnięciach, uzyskujemy raczej ponury obraz branży. Większość problemów przedstawianych w prasie często wynika z niedopatrzeń czy niefrasobliwości klienta – ale w końcu, skoro klient udaje się do „doradcy”, a nie do pośrednika, nie powinniśmy wyciągnąć wniosku, że to jednak firmie powinno zależeć na kliencie świadomym – i przytomnym?
Tak długo, jak istnieje presja na wolumen sprzedaży – miejsca na cud pozostaje wyjątkowo niewiele. Za to przestrzeni na podobne informacje jak ostatni komunikat KNF – wciąż pozostaje sporo.
Tak długo, jak klienci nie zrozumieją, że w zasadzie nie istnieje darmowy lunch.
Najnowsze komentarze