They say jump and you say ‘how high?’…

•Luty 7, 2010 • 2 komentarzy

...leć, ludziku, leć...

Zmiany, zmiany… powinienem się bać, jakiś mały ludzik z tyłu głowy mówi mi, że powinienem się bać. Że powinienem być scared shitless. Nie wiem, dlaczego małe ludziki z tyłu głowy zwracają się do mnie w języku Szekspira (i kosmitów, przecież wiadomo, że kosmici mówią po angielsku), ale jakoś mną nie trzęsie. Może trochę. Z ciekawości, co się stanie. Z pewności, że stanie się.

Wyjeżdżam, a po powrocie nic nie będzie już takie same. W założeniu to czas odpoczynku i regeneracji, w praktyce kolejny sprawdzian. Koordynacji ruchowej. Samokontroli. Zdolności wymuszenia na sobie odprężenia, jeśli odprężenie nie przyjdzie samo.

Wyjeżdżam i mam nadzieję, że nic nie będzie już takie same. Ja. Młoda. Życie. Fabryka. W Fabryce wkrótce stukną mi dwa lata, jeśli nie przeorganizuję swojego stylu życia i pracy, wkrótce zaryję twarzą w ziemię. Kolejny raz. Wyjeżdżam, a Fabryka zmieni się przez ten czas radykalnie. Pozostaje mi więc zmieniać radykalnie siebie.

Zapalam papierosa, zaciągam się i już wiem, że to przede wszystkim ja sam każę sobie skakać. I każę sobie skakać wysoko. Czasami nawet aż za.

Więc skoczę wysoko, najwyżej przekonam się, jak dobrze potrafię lądować.

Nie ma nic za darmo?

•Styczeń 31, 2010 • Dodaj komentarz

Ostatnia „informacja” Komisji Nadzoru Finansowego odnośnie pośredników kredytowych to kolejny „kuksaniec” w bok branży doradztwa, której obrywa się medialnie raz po raz. Czy to z powodu niepoprawnie zamkniętego kredytu hipotecznego, w której to sprawie interweniował finalnie sam Jarosław Augustyniak, czy w przypadku nietrafionych prognoz dla rynku nieruchomości. KNF przypomina, że „doradcy finansowi” nie ponoszą żadnej odpowiedzialności przed klientem za pośrednictwo między nim a bankiem. Sprawa, zdawałoby się, oczywista – najwyraźniej nie dla każdego.

Ponad rok temu słychać było jeszcze głosy odnośnie regulacji rynku pośrednictwa – w postaci licencji lub podobnych rozwiązań. Mieliśmy sprzedażowe eldorado, co krok wyrastały nowe placówki czy wręcz nowe firmy „doradztwa finansowego”, a przy wysokim zapotrzebowaniu na pracowników „doradcą” można było zostać niemalże „z marszu”. Oczywiście, po odpowienich szkoleniach (sprzedażowych) i dogłębnym zapoznaniu się z ofertą (przynajmniej hasłowo, na podstawie folderów). Złote czasy się skończyły, część firm zamknęła działalność lub została wchłonięta przez konkurencję – pozostaje nam mieć nadzieję, że rynek zweryfikował kompetencje pośredników. I że odeszli ci najmniej rzetelni, a nie ci, którzy sprzedawali najmniej.

O co wobec tego możemy mieć pretensje? Określenie „doradca” utarło się w naszych realiach sprzedaży i trudno dziwić się, że firmy związane z rynkiem finansowym wykorzystują je dla wzmocnienia marketingowego przekazu. W końcu „doradca” to coś więcej niż „sprzedawca” czy „pośrednik”, słowo-klucz wytwarzające przyjazną atmosferę partnerstwa. I trudno powiedzieć, by w tym określeniu czaiło się kłamstwo.

Kłamstwo może czaić się gdzie indziej – w głowie klienta, w jego wygodnym przeświadczeniu o „oddaniu sprawy w dobre ręce” i rezygnacji z osobistego nadzoru nad procesem. Oczywiście, jest mnóstwo doradców, którzy o powierzone pieniądze troszczą się świetnie, a sprawy kredytowe dopinają na ostatni guzik. Ale to nie o nich czytamy czy słyszymy najczęściej, a o tych, którzy – kolokwialnie mówiąc – sprawę spaprali. I oczywiście to ci ostatni najmocniej wpływają na wizerunek branży. Negatywnie.

Nie oszukujmy się – jak pięknie nie brzmiałyby zapewnienia prezesów, wypowiedzi rzeczników prasowych czy reklamowe plansze – prawdziwe życie toczy się na dole, w placówkach. Sprzedawca wynagradzany prowizyjnie zawsze będzie grał przede wszystkim na swoją korzyść – w drugiej kolejności na korzyść klienta. Oczywiście jedno nie musi kłócić się z drugim – klient zadowolony, klient, którego finanse są dobrze zarządzane – w długiej perspektywie będzie klientem bardziej dochodowym. I taacy doradcy z pewnością istnieją. Ale jeśli wziąć pod uwagę doniesienia o sprawach „niedopatrzonych” przez doradcę, o dość pobieżnym przedstawianiu faktycznych kosztów kredytów czy podobnych niedociągnięciach, uzyskujemy raczej ponury obraz branży. Większość problemów przedstawianych w prasie często wynika z niedopatrzeń czy niefrasobliwości klienta – ale w końcu, skoro klient udaje się do „doradcy”, a nie do pośrednika, nie powinniśmy wyciągnąć wniosku, że to jednak firmie powinno zależeć na kliencie świadomym – i przytomnym?

Tak długo, jak istnieje presja na wolumen sprzedaży – miejsca na cud pozostaje wyjątkowo niewiele. Za to przestrzeni na podobne informacje jak ostatni komunikat KNF – wciąż pozostaje sporo.

Tak długo, jak klienci nie zrozumieją, że w zasadzie nie istnieje darmowy lunch.

Zima znów zaskoczyła drogowców…

•Styczeń 11, 2010 • 7 komentarzy

...rośnie sobie...

Gdziekolwiek nie spojrzeć – zaspy śnieżne. Aura – boleśniej niż dotychczas – doświadcza drogowców, kolejarzy i lotników – ale przede wszystkim pasażerów, zmuszonych do odwołania służbowych czy prywatnych podróży. Przy odpowiednim samozaparciu można by pewnie oszacować ekonomiczne koszty tej zimy. Tylko – komu wystawić rachunek?

Ale nie o gwiazdkach z płatków śniegu, a o tych z reklam ostatnio głośno. Po części dlatego, że kolejny raz prezesi banków zarzekają się, że z ich kampanii poznikają gwiazdki i dodatkowe warunki prezentowane małym druczkiem. Po części także za sprawą planowanych zmian w ustawie o kredycie konsumenckim. Zmian, które w założeniu oznaczać mają lepszą ochronę klientów. A które – jak zwykle – przełożą się na kolejny wzrost kosztów kredytów.

Tak jak i w przypadku Rekomendacji T, zaostrzającej podejście do szacowania zdolności kredytowej klienta, tak i nowe regulacje odnośnie kredytów konsumenckich mogą zostać odebrane jako „naprawianie dobrego”, które w efekcie najbardziej odbije się na kieszeni tych, których ochrona ma się polepszyć. Pamiętajmy jednak, że to kieszeń wirtualna – przecież kredytowa. Nie pozostanie to też bez wpływu na budżety banków – te już mówią o konieczności zwiększenia marż, wydłużenia procesu udzielania kredytów i dodatkowych wydatkach na oprogramowanie. Droższe kredyty zaś – i mniejsza dostępność pożyczek na zakup mieszkania – to mniejsza sprzedaż.

Jak nie reklamować by „końca kryzysu” czy „odwilży” na rynku nieruchomości, warunki kredytowania dla klientów indywidualnych szybko się nie poprawią. I można by pochylić się nad smutnym losem akcji kredytowej, gdyby nie fakt, że ani rosnąca górka złego zadłużenia, ani coraz większe problemy z rzetelnym porównaniem ofert bankowych nie wzięły się znikąd. W bajkę o samoregulacji rynku nie wierzą już chyba nawet jej najwięksi miłośnicy. Tymczasem krytyka zmian ze strony banków nasuwa smutny wniosek: nie chcą klienta świadomego, wyedukowanego, dobierającego produkty finansowe podług swoich potrzeb i możliwości. Przecież na „jeleniu” zarabia się lepiej.

Tyle, że do czasu.

…time to relax…

•Grudzień 2, 2009 • 4 komentarzy

...time to relax...